SPOTKANIA Z PISARZAMI





Do cyklu wirtualnych spotkań z pisarzami
zaproszenie przyjęli:

Marta Fox,
Anna Onichimowska,
Małgorzata Karolina Piekarska,
Małgorzta Strękowska - Zaręba,
Łukasz Wierzbicki






(ur. 28 stycznia 1952 r. w Warszawie)

Poetka, prozaik, dramatopisarka. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskiem. Napisała ponad pięćdziesiąt książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych, liczne słuchowiska radiowe, sztuki teatralne i scenariusze filmowe. Dzieci w szkole podstawowej znają ją najczęściej jako autorkę książek "Najwyższa góra świata", "Dobry potwór nie jest zły", "Daleki rejs", "Gdzie jesteś tatusiu?", "Duch starej kamienicy". Otrzymała wiele prestiżowych nagród w Polsce i za granicą. Od 2014 roku mieszka w Szwecji. Czytaj więcej.






-W co bawiła się Pani, będąc dzieckiem?
A.O.: W lekarza, w klasy, w berka, w chowanego, w „ciepło i zimno”, w „pomidora”...
-Czy szkoła pomogła Pani odkryć zamiłowanie do książek i pisania? W jaki sposób?
A.O.: Czytać nauczyłam się bardzo wcześnie, jeszcze zanim zaczęłam chodzić do szkoły – mój tato przynosił do domu góry książek. A szkoła to rozwinęła – przez podsuwanie lektur, no i wypracowania, które bardzo lubiłam pisać. Miałam szczęście do „pań od polskiego”.
-Mogła Pani zostać malarką, psychologiem, ogrodnikiem, urzędnikiem, archeologiem... Dlaczego jest Pani pisarką?

A.O.: To chyba umiem robić najlepiej. 

-Lubi Pani oglądać obrazy. Postrzega Pani książkę jako piękny przedmiot. Co bardziej do Pani przemawia obraz czy słowo?

A.O.: Trudne pytanie. Pisząc scenariusz, muszę myśleć obrazem, pisząc książkę słowem. Nie mogę powiedzieć, co przemawia bardziej, to zależy od medium. Lubię czytać ale lubię również oglądać filmy i obrazy...

-Każdy z nas ma swoją najwyższą górę świata. Czasami jest ona bardzo stroma i trudno na nią wejść. Co uważa Pani za swój największy życiowy sukces?

A.O.: Myślę, że takich najwyższych gór mamy w życiu wiele. Cieszę się, że kiedyś postanowiłam – wbrew trudnościom – uprzeć się, że będę żyć wyłącznie z pisania. Nigdy nie rezygnowałam z podróży – nawet tych ryzykownych (np. samotna podróż przez Indie i Nepal). Nie bałam się podejmowania odważnych decyzji życiowych. Mieszkam teraz w Szwecji, do której się przeprowadziłam pod wpływem odruchu serca, cztery lata temu. Mam wielu nowych przyjaciół i nie straciłam starych. Czuję się szczęśliwa. 

-W Pani powieściach dla dzieci bohaterowie książek odbywają dalekie podróże i mają różne przygody. Czy lubi Pani podróżować? Dokąd najchętniej?

A.O.: Kocham podróże, wędrówki. Najchętniej tam, gdzie jeszcze nie byłam. Lubię podróże dalekie, ale nie tylko. Czasem – wędrując – po kilku kilometrach można odkryć jakieś nowe magiczne miejsce. Zawsze mnie ciekawi to, co jest „za zakrętem”...

-Zabiera Pani dzieci w świat wyobraźni. Na przykład do starej kamienicy, gdzie mieszkają duchy. Czy w Pani powieściach dla dzieci są bohaterowie lub miejsca, które mają jakieś swoje odpowiedniki w rzeczywistości?

A.O.: Wierzę, że gdzieś istnieje taka kamienica i taki duszek Maciek. Że Kuba i Paweł z „Dalekiego Rejsu” tez mają swoje odpowiedniki w „rzeczywistym świecie”. Może kiedyś uda mi się ich spotkać?

-Powołała Pani do życia wielu niezwykłych bohaterów, ducha Maćka, krasnoludka A, smoka Roberta, skrzydlatego wielbłąda. Pani książki pełne są baśniowych stworzeń. Jakie są Pani ulubione baśnie z dzieciństwa?

A.O.: Kochałam Korczaka i jego „Króla Maciusia Pierwszego”, książki Astrid Lindgren, baśnie Andersena i braci Grimm (chociaż niektórych bardzo się bałam).

-Czym kieruje się Pani, pisząc książki dla dzieci? Chce nas Pani dzieci rozbawić, pocieszyć, zaciekawić?

A.O.: Wszystko jednocześnie! Trzeba zaciekawić, aby czytelnik dotrwał do końca książki. Warto pocieszyć, kiedy jest smutny, bo każdy czasem bywa, tak to już jest. A co do śmiechu, nie muszę chyba nikogo przekonywać, że nie ma to jak żyć z uśmiechem na co dzień.

-Co jest dzisiaj dla Pani ważne? O co warto dbać i zabiegać w życiu?

A.O.: O szczerość wobec samego siebie i życie w zgodzie z własnymi zasadami. Ważne jest, żeby robić to, co się umie i lubi. Żeby mieć odwagę realizować marzenia. Żeby być otoczonym przyjaciółmi, którzy będę mogli na mnie, a ja na nich liczyć.

-Jaka była pierwsza myśl, która przyszła Pani dzisiaj do głowy zaraz po przebudzeniu?

A.O.: Wcale mi się nie chce iść na trening... (ale oczywiście poszłam i było fajnie!)






(ur. 1 stycznia 1952 roku w Siemianowicach Śląskich)


Portret Marty Fox,
autor Zbigniew Kresowaty


    Poetka, powieściopisarka, eseistka. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Nauczycielka języka polskiego i bibliotekarka. Napisała ponad czterdzieści książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Dla dzieci powieści: "Przybij piątkę", "Zielona Nikola", "Bartek Wścieklica", dla nastolatek: "Pierwsza miłość", "Magda.doc", "Paulina.doc", "Agaton-Gagaton", "Więc nie wiń mnie za to", "Sekretnik", "Idol", "Zakochaj się, mamo". Otrzymała wiele prestiżowych nagród w Polsce. Czytaj więcej.






-Nauczycielka języka polskiego, bibliotekarka, dziennikarka, pisarka. W której roli czuje się Pani najszczęśliwsza i dlaczego?

M.F.: Szczęśliwość nie ma tu nic do rzeczy. Szczęśliwość to stan ducha niekoniecznie związany z wykonywanym zawodem. Mogę natomiast powiedzieć, że w każdym wymienionym zawodzie czułam się spełniona. Nigdy nie chodziłam do pracy "za karę". Prawie wszystkie moje zajęcia związane były z kulturą, co jest zgodne z moim wykształceniem. Najtrudniejszą pracą, tak myślę po latach, była praca nauczycielki. Dawała mi jednak tak wiele satysfakcji, że nie myślałam wówczas o trudach.

-W jaki sposób odnalazła Pani w sobie pisarza?

M.F.: Gdybym zaczęła opowiadać, byłaby to długa opowieść. Polecam więc moją książkę "Autoportret z Lisiczką". Tam dużo napisałam o tym, jak to się stało, że zmieniłam zawód i stałam się pisarką. Od razu jednak zdradzę, że choć nie marzyłam o pisaniu, to jednak przygotowywałam się do niego solidnie przez co najmniej 35 lat, czyli czytałam, studiowałam, obserwowałam świat i ludzi, wsłuchiwałam się w opowieści, starałam się rozumieć, bo od dziecka miałam w sobie "serduszko z uszkami". Pierwszą książkę wydałam w wieku 42 lat. Na rynku czytelniczym jestem już ćwierć wieku. I dzisiaj jestem autorką prawie 50.wydanych książek.

-Czy w życiu jest coś ważniejszego od miłości? Czy bez miłości można żyć?

M.F.: Nie wiem, jak można byłoby żyć bez miłości. Ale są ludzie, którzy żyją, tylko co to za życie. Dla mnie ważna jest jeszcze dobroć. Najlepiej poetycko wyraził to C. K. Norwid:

"Z rzeczy świata tego, 
zostaną tylko dwie.
Dwie tylko:
Poezja i dobroć.
Więcej nic".



-"Zakochaj się, mamo". Skąd pomysł na tytuł książki?

M.F.: Pomysł na tytuł związany jest z treścią powieści. Bohaterka, 13-latka, widzi, że jej mama świetnie sobie radzi w życiu zawodowym, ale mimo osiąganych sukcesów, jest smutna. Dziewczynka myśli, że mama czuje się samotna i dlatego postanawia mamie znaleźć "chłopaka". Przy okazji i ona się zakochuje.Proszę, przeczytajcie tę powieść. I niech ją też przeczyta mama i babcia, może ciocia i tata. Naprawdę będzie o czym rozmawiać.


-Pani książki towarzyszą nastolatkom w okresie dojrzewania i pierwszych miłości. Dlaczego wybrała Pani właśnie tego rodzaju czytelnika? Co chciała mu Pani przekazać?

M.F.: W każdej powieści "przekazuję" coś innego. Pierwszą powieść z gatunku młodzieżowych napisałam dla mojej córki, która nie chciała czytać ("Batoniki Always miękkie jak deszczówka", są jeszcze dwie kolejne części, a także wszystkie trzy wydane w jednym tomie pod tytułem "Agaton-Gagaton"). Dzisiaj córka jest panią magister filologii polskiej. Teraz dla jej synów napisałam 3 książeczki: "Przybij piątkę", "Zielona Nikola", "Bartek Wścieklica". Pisałam dla swoich córek i wnuków, ale przy okazji moje powieści zyskiwały szersze grono czytelników. Młodzi ludzie potrzebują rozmowy. Poprzez moje książki rozmawiam z czytelnikami o wszystkich trudnych sprawach, także o sprawach wielu dojrzewania. Nie zamiatam tematów pod dywan. Dzisiaj wiele się zmieniło, bo coraz mniej jest tematów tabu. Poza tym jest Internet i książek w bród. Myślę, że umiem rozmawiać z młodymi i umiem słuchać tego, co mają do powiedzenia.


-Bartek Wścieklica, główny bohater Pani powieści, przypomina typowego ucznia klasy trzeciej. Czy lekarstwem na "wścieklicę" Bartka może być pomoc komuś drugiemu? A jeśli tak, to dlaczego?

M.F.: No przecież wiecie dlaczego! Jeśli pomagasz innym, to czujesz się potrzebny, lubiany, chciany. Przestajesz widzieć tylko koniec własnego nosa.


-Paweł, Bartek Wścieklica, Mikołaj, Zielona Nikola uczą się w jednej klasie. Co zainspirowało Panią do ożywienia tych postaci i przedstawienia ich historii w książce dla dzieci?

M.F.: Moje powieści i opowiadania, te dla dzieci, młodzieży i dorosłych, to fikcja literacka. Wymyślam historie. Pisarz musi mieć wyobraźnię. Piszę powieści realistyczne, obyczajowe, więc wymyślone fabuły mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Wszystko, co jest w tych powieściach, zdarzyć się mogło, choć nie musiało. Wydarzenia są więc prawdopodobne. Mam oczy szeroko otwarte. Obserwuję świat i ludzi. Ja piszę o życiu, inni piszą o wampirach.


-Dlaczego w książkach dla dzieci zostawia Pani czytelnikowi miejsce na zapisanie lub narysowanie jego własnych przemyśleń?

M.F.: Podoba Wam się to? Moim wnukom i dzieciom znajomych się podoba. W ten sposób daję moim czytelnikom szansę bycia kreatywnymi, czyli twórczymi. Mogą pisać o tym, co myślą. Albo mogą rysować. Wszystko wedle własnego pomysłu.


-Która z Pani książek narodziła się w największych bólach? A z której jest Pani najbardziej dumna?

M.F.: Każda rodzi się w wielkich bólach. Aby moi czytelnicy powiedzieć mogli, że przeczytali powieść jednym tchem, ja muszę solidnie się nad tym napracować, dobierając słowa, układając je w zdania poprawnie zbudowane i bogate stylistycznie. 
Najbardziej dumna jestem z moich wierszy.

-Ma Pani mnóstwo pomysłów na napisanie nowych książek. Nad czym Pani obecnie pracuje?

M.F.: Tak, pomysłów mi nie brakuje. Pomysły leżą na ulicy, trzeba patrzeć pod nogi. Nie lubię mówić o moich planach, bo jestem przesądna i boję się, że mogą się nie zrealizować. Lubię rozmawiać o tym, co już jest. A dużo tego. Na targach książek w Krakowie (październik) będę podpisywała mój nowy tomik wierszy pod tytułem "Lacrimosa". Ukaże się lada dzień. Na targach w Katowicach (listopad) będę podpisywać powieści dla dzieci i młodzieży, te, które wymienialiście, a także inne, na przykład: Idola, Karolinę XL, Kaśkę Podrywaczkę, Izę Buntowniczkę.






(ur. 15 września 1974 roku w Poznaniu)


  Autor książek dla dzieci, podróżnik, redaktor i biografista. Ukończył studia na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Napisał powieści dla dzieci, takie jak: "Afryka Kazika", "Dziadek i niedźwiadek. Historia prawdziwa", "Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana. Historia prawdziwa", "Machiną przez Chiny. Poradnia K". W formie opowieści przedstawił przygody z podróży Kazimierza Nowaka do Afryki, Jana di Piano Carpini i Benedykta Polaka do Imperium Mongolskiego, Haliny Korolec-Bujakowskiej do Chin. Za działalność literacką otrzymał wiele prestiżowych nagród w Polsce. Czytaj więcej.


 






-Ukończył Pan studia na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Jest Pan pisarzem dla dzieci i dorosłych, podróżnikiem. Ma Pan rozległą wiedzę historyczną. Jakie były Pana ulubione przedmioty w szkole podstawowej?

Ł.W.: Przyroda i historia - te dziedziny fascynowały mnie od zawsze i one znajduję swoje odbicie w moich książkach. Co do mojej wiedzy historycznej, muszę zdradzić, że nie jest ona aż tak rozległa. Ale gdy sięgam po jakiś konkretny temat, staram się czytać jak najwięcej. Żeby napisać książeczkę o misiu Wojtku z Armii Andersa, przeczytałem ponad pięćdziesiąt książek na ten temat, głównie pamiętniki żołnierzy. Chciałem poznać jak najlepiej tamten świat, tamten czas. Wcześniej, to znaczy zanim poznałem niedźwiedzia, o Armii Andersa wiedziałem bardzo niewiele.
-Kiedy i dlaczego zainteresował się Pan badaniem materiałów wspomnieniowych z wypraw podróżniczych?
Ł.W.: O Kazimierzu Nowaku, podróżniku, który przemierzał Afrykę rowerem, wiedziałem zawsze. Dziadek mi o nim opowiadał. Ale był taki dzień, gdy Dziadek wspomniał, że nigdy nie ukazała się książka, relacja z tamtej wyprawy. Sam Nowak nie zdążył jej napisać, zmarł bowiem dziesięć miesięcy po powrocie do Polski. To był impuls. Pomyślałem: nie zdążył, nie ma książki, ale może nic straconego, może dałoby się taką książkę odtworzyć na podstawie relacji w gazetach. Udałem się do biblioteki i odnalazłem około stu listów z Afryki z lat 30. Zebrałem je w książeczce "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". I to był początek mojej przygody. To było jakieś 20 temu.
-Życie pisze najlepsze scenariusze, także do książek dla dzieci. Pisze Pan książki na podstawie dziejów autentycznych wypraw podróżniczych Kazika Nowaka do Afryki, Haliny Korolec-Bujakowskiej do Chin. Dlaczego nie poprzestał Pan na badaniu dokumentów archiwalnych i pisaniu książek dla dorosłych? Dlaczego chciał Pan podzielić się tymi niezwykłymi historiami z dziećmi?

Ł.W.: Pomysł na napisanie książki dla dzieci, tej o Kaziku, podsunęła mi Żona. Instynktownie poczułem, że tak, że to trzeba zrobić… wówczas, w 2007 roku, gdy pisałem Afryką Kazika, nie wiedziałem jeszcze, że w pewnym sensie będzie to strzał w dziesiątkę. Dziś wiem. Dzieci potrzebują takich historii, autentycznych, polskich, niezwykłych, czekają na nie, emocjonują się nimi nie mniej, niż tymi fikcyjnymi z kina i komiksów.

-Ile jest prawdy historycznej, a ile fikcji literackiej w Pana opowieściach dla dzieci?


Ł.W.: Oj, przyznam się, że czasem coś ubarwię, nazmyślam, dodam przygodę lub bohatera. Czasem czerpię z własnych doświadczeń i przemyśleń, czasem wymyślę coś po prostu. Główny wątek jest oparty na prawdziwych wydarzeniach, staram się też zachować charakterystyczne cechy bohaterów. Ale priorytetem jest stworzenie książki, która będzie atrakcyjna, śmieszna lub straszna, przygodowa, spójna i zajmująca. Zmyślam lub zmieniam zakończenia przygód z myślą o Czytelnikach, by im się lepiej czytało, by bardziej ich wciągnąć.


-W jaki sposób Pan podróżuje? Samotnie czy z grupą turystów, według planu czy poza planem, po szlakach turystycznych czy według własnych wytycznych?


 Ł.W.: Odkąd poznałem Klaudię, moją żonę, podróżujemy razem. Odkąd mamy dzieci, podróżujemy razem. Aktualnie Jonasz ma 7 lat, Jeremi 4,5. I na każde wakacje staramy się planować jakiś dalszy wyjazd. Podróżując z dziećmi dobrze jest parę rzeczy zaplanować, by nie narażać maluchów na niewygody, nudę, czy jakieś ryzyko, na przykład związane z chorobami, dlatego nie podróżujemy już tak spontanicznie jak kiedyś… ale pewien margines luzu staramy się sobie zostawić. Planowanie wszystkiego wiąże się zawsze ze stresem. Czy plan się uda zrealizować, czy nie? Zdążymy, czy coś nam stanie na przeszkodzie? Staram się podczas wyjazdów unikać tego stresu.

- Czy Pana własne podróże stają się dla Pana także inspiracją do pisania książek dla dzieci? Jeśli tak, to w jaki sposób?


 Ł.W.: Oczywiście, bez dwóch zdań nie pisałbym książek podróżniczych, gdybym sam nie kochał podróży. Kazik powiada na końcu książki: "Zawsze gdy ruszysz w drogę, spotka cię coś ciekawego". To słowa, których sam się nauczyłem podczas mojej wyprawy do Afryki. Można powiedzieć, że Kazik ma coś ze swego pierwowzoru, Kazimierza Nowaka, ale ma też coś z Łukasza Wierzbickiego. Podobnie z Halinką, bohaterką książki Machiną przez Chiny. Ona też w swoim pamiętniku zapisuje czasem zdania, które odnalazłem w moich pamiętnikach z podróży. Na przykład te słowa, które znaleźć można na okładce książki. O tym, że można czytać bez końca, ale żeby naprawdę poznać świat trzeba samemu wyruszyć. To moje refleksje z wyprawy do Zimbabwe. Wydały mi się idealne, by wpleść je w opowieść Haliny.


-Aby wyruszyć w daleką podróż w nieznane trzeba być człowiekiem odważnym i nieustraszonym, na przykład tak, jak Jan z Grabowej Doliny i Benedykt Polak, którzy w XIII wieku wyprawili się do dalekiego kraju Mongołów lub niedźwiadek Wojtek, który brał udział w bitwie o Monte Cassino.W jaki sposób wybiera Pan bohaterów z kart historii, aby przedstawić ich losy czytelnikom? Jakie postacie historyczne są Panu bliskie i dlaczego?


 Ł.W.: Musi pojawić się jakiś impuls, jakaś więź, coś musi zadzwonić mi w głowie. Mówiąc żartobliwie muszę zakochać się w bohaterze mojej przyszłej książki, by zacząć pracę. Ale gdy już się zakocham, nic mnie nie jest w stanie odwieść od pracy. Tak było z misiem Wojtkiem. Pomyślałem, "co to musiał być za zwierz, no ja nie wierzę!". Podobnie było z Benedyktem Polakiem, pomyślałem "do Mongolii pojechał w parę lat po najeździe Mongołów na Europę, ależ musiał być odważny!". Jeśli nie ma tego dzwonka, jeśli nie ma tej więzi z bohaterem, nie uda się.(Miś Wojtek bezpośrednio nie brał udziału w samej bitwie, ale oczywiście był obecny podczas przygotowań, niósł kolegom pociechę, otuchę…)

-"Wokół świata na wariata" to tytuł Pana książki, która ukaże się w 2018 roku. Czego możemy spodziewać się, sięgając po ten tytuł w księgarni?

 Ł.W.: Podejrzewam, że wydanie tej książki opóźni się, przez kilka miesięcy bowiem pracowałem nad książką o Olku Dobie, "Ocean to pikuś", taki nosi tytuł i ona ukaże się w 2018 roku. Nad książką "Wokół świata na wariata" pracuję wieczorami i im bliżej końca tej podróży, tym jestem bardziej przerażony. To opowieść o dwóch przyjaciołach, Tadeuszu i Leonie, którzy objechali świat dookoła, ale po drodze nawyczyniali tyle głupot i tyle niewiarygodnych przygód im się przytrafiło… że mi samemu, gdy czytam ich relacje, trudno w to uwierzyć. To będzie książka, w której wszystko idzie nie tak jak powinno, a mimo to życie idzie do przodu. O wspaniałej przyjaźni bohaterów. I o zuchwałych marzeniach i o harmonii świata. Bohater, a wraz z nim Czytelnik, przekona się, że świat choć jeden, wielki, piękny. I że jest naszym wspólnym domem. To brzmi może trochę szaleńczo, ale mam nadzieję, że książka wszystko wyjaśni.

-Dzięki przygodom nasze życie staje się niepowtarzalne i kolorowe. Czy Pan czasami nudzi się? A jeśli tak, to co Pan wtedy robi?

Ł.W.: Niestety, aktualnie nie nudzę się. Wciąż czekają na mnie zadania, które sam przed sobą stawiam. Teksty do napisania, listy, które czekają na odpowiedź, książki, w długiej kolejce stoją na półce i wołają "poczytaj, poczytaj"… i ogród, i trawnik do skoszenia. A ja to wszystko odkładam na później, bo postanawiam pobawić się z moimi synami. Staram się spędzać z rodziną jak najwięcej czasu.

-Co jest dla Pana najważniejsze w podróży jaką jest Pana życie?

 Ł.W.: Na różnych etapach życia różnie na takie pytanie bym odpowiedział. Aktualnie rodzina, dzieci, nasze wspólne szczęście, to na pewno. Jeśli chodzi o mnie samego, chciałbym mieć poczucie, że dopełniłem swoją historię, wykorzystałem swój czas tak, jak mogłem najlepiej, wykorzystałem to, co dostałem najlepiej jak mogłem. Pracuję nad tym, dzień za dniem.




(ur. w 1960 r. w Lemanie)



fot. Empik
Pisarka, dziennikarka, recenzentka, współautorka podręczników, członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Laureatka licznych nagród, wyróżnień i nominacji. Jej książka "Złodzieje snów" została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Dzieci znają ją jako autorkę serii książek o Okropnym Maciusiu, Filipku i detektywie Teosiu Kefirku. Czytaj więcej.








-Jaka jest Pani ulubiona książka z dzieciństwa?

M.S.: Było ich wiele, np. „Puc, Bursztyn i goście”, „Nie płacz, koziołku”, „Przygody Tomka Sawyera”, książki Niziurskiego, Nienackiego, baśnie i mitologie, szczególnie Greków i Rzymian.

-Jak wspomina Pani czasy nauki w szkole podstawowej?

M.S.: Klasy I-IV bardzo dobrze. Chodziłam do małej szkoły, w klasie było niewielu uczniów, wszyscy się znali i przyjaźnili. Od V kl. było już mniej przyjemnie, bo zmieniłam szkołę na dużą. W liceum przestałam lubić szkołę, z wyjątkiem niektórych lekcji (polskiego, historii, biologii).

-Pani książki bawią, uczą, otwierają na świat. Co jest główną misją Pani pracy?

M.S.: Chciałabym, żeby lektura moich książek sprawiała przyjemność czytelnikowi. Żeby moje książki go rozbawiły, zaciekawiły lub doprowadziły do łez. Chcę zarazić młodych ludzi czytaniem.

-Czy znani i lubiani bohaterowie Pani książek, tacy jak Okropny Maciuś, Filipek czy detektyw Teoś Kefirek mają swoje pierwowzory w postaciach z krwi i kości?

M.S.: Zazwyczaj moi bohaterowie mają cechy wielu osób, które znam lub znałam. Jedynie Filipek ma swój pierwowzór. Rzeczywisty Filip skończył już studia i został raperem, to on sprawdzał mi niektóre rapy PoS Antoniego zawarte w cyklu książek o Filipku.

-W Pani książkach można odnaleźć humor, wartką akcję i barwne postaci. Skąd czerpie Pani pomysły na pisanie książek dla dzieci?

M.S.: Głównie z wyobraźni. Wymyślam swoim bohaterom takie przygody, jakie sama chciałabym przeżyć, gdybym była w ich wieku.

-Pani książka „Złodzieje snów” została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Niektórzy podkreślają jednak, że jest to książka nie tylko dla dzieci, ale dla dorosłych. Co odkryje w niej dziecko, a co dorosły?

M.S.: Książka ma warstwę dla dzieci, a głębiej, warstwę dla dorosłych. Do dziecka kieruję fantastyczną/ baśniową opowieść o dzieciach i skrzatach. Dorośli, mam nadzieję, odnajdą w książce smutną historię o cierpieniu dziecka, którego rodzina się rozpada.

-Jest Pani laureatką licznych nagród, wyróżnień i nominacji. Którą z nich ceni Pani najbardziej i dlaczego?

M.S.: Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego, ponieważ jest jedną z najważniejszych polskich nagród przyznawanych za osiągnięcia w dziedzinie literatury dla dzieci, ale również dlatego, że była pierwszą nagrodą, jaką dostałam za książkę dla młodego czytelnika.

-Jest Pani autorką książki „Bajkoterapia, czyli dla małych i dużych o tym, jak bajki mogą pomagać”. Za pomocą baśniowej opowieści „rozmawia” Pani z dzieckiem na trudne tematy, na przykład o przemocy w rodzinie („Dom nie z tej ziemi”), rozstaniu rodziców („Złodzieje snów”). W jaki sposób bajka może pomóc?

M.S.: Uważam, że bajka, opowieść literacka jest świetnym pretekstem do rozmowy z dzieckiem o jego lękach, problemach i pytaniach. Jest więc punktem wyjścia, jedną z pomocy, ale też podsuwa rozwiązania niektórych sytuacji, poza tym pokazuje, że inni również mają kłopoty, co czasem przynosi ulgę.

-Jest Pani organizatorką przeglądu filmów dokumentalnych poświęconych pisarzom polskim i zagranicznym. Jaki jest Pani ulubiony pisarz?

M.S.: Jest ich wielu, z polskich pisarzy m.in. Prus, Odojewski, Herbert, a z młodego pokolenia najbardziej odpowiada mi proza Szczepana Twardocha i - dla odprężenia - kryminały Marka Krajewskiego. Generalnie, cenię powieść dziewiętnastowieczną, nie tylko polską, np. takich autorów jak:, Dostojewski, Tołstoj, Balzak; i bardzo lubię humor pisarzy czeskich, np. Haszka czy Hrabala.

-Nad czym Pani obecnie pracuje? Jak będzie nowość wydawnicza Pani autorstwa?

M.S.: Właśnie skończyłam książkę o Józefie Piłsudskim „Marszałek Józef Piłsudski”, o ile wiem, jest już w druku. Wyjdzie w tej samej serii co „Rotmistrz Witold Pilecki”. Teraz piszę siódmy tom przygód Filipka Zaskrońca „Filipek i imprezy”. Wkrótce zaczynam pisać książkę o królu Sobieskim.






(ur. 24 lipca 1967 r. w Warszawie)







Pisarka, dziennikarka prasowa i telewizyjna. Autorka książek dla dzieci i młodzieży, których akcja rozgrywa się na Saskiej Kępie, gdzie sama mieszka i skąd pochodzą jej przodkowie. Tytuły jej książek: "Tropiciele", "Klasa Pani Czajki", "LO-teria",  "Dzika", "Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy". Związana była z programami informacyjnymi TVP: Telewizyjnym Kurierem Warszawskim i Telewizyjnym Kurierem Mazowieckim. Współpracowała z dwutygodnikiem Cogito i Victor gimnazjalista.  Czytaj więcej. Tu i tu.





-W wieku 8 lat powiedziała Pani, że będzie pisarką. Co się wtedy stało? Czy dziecko jest już gotowe podjąć tak odpowiedzialną decyzję?

K.P.: Jestem z pokolenia, które wychowywało się bez gier komputerowych. Ponieważ nie miałam rodzeństwa, a mojej mamie nie podobała się większość moich koleżanek i kolegów, których domy uważała za nieodpowiednie dla mnie, więc bawiłam się głównie sama. Wszystkie moje zabawy były fabularne. Bawiłam się w policjantów i złodziei, wojnę, bal, księżniczkę i księcia i tak dalej. Były to zabawy, w których opowiadałam historie, a moje zabawki odgrywały w nich niepoślednie, ale często główne role. Do tego dochodziła moja fascynacja teatrem lalkowym. Rodzice często prowadzali mnie do warszawskich teatrów „Lalka” czy „Guliwer”, a telewizja polska pokazywała Jana Wilkowskiego, który najmłodszym prezentował różnego rodzaju lalki. Te lalki (albo kukiełki czy marionetki) opowiadały różne historie i ja też chciałam takie rzeczy robić. Kupno zestawu kukiełkowego teatrzyk nie było jednak proste, bo trzeba było mieć znajomości w handlu, a rodzice takich nie mieli. Zestaw do zabawy „teatrzyk kukiełkowy” ze scenariuszem kopciuszka miała jedna koleżanka. Bardzo jej tego zazdrościłam, ale… od czego gałganki? Szyłam od dziecka, miałam 4 lata, kiedy nauczyłam się nie tylko czytać, ale też szydełkować, więc… zrobiłam sobie swoje kukiełki wykorzystując kuchenne, drewniane łyżki i gałganki przeznaczone na ubranka dla lalek. Moim łyżkowym kukiełkom namalowałam oczy i buzie, dałam „kiecki” i… bawiłam się wymyślając swoje historie. Oczywiście po skończonej zabawie i odłożeniu łyżek na miejsce wybuchła awantura, bo na łyżkach zostały namalowane flamastrami buzie i oczy. Mama była strasznie zła. Zmieniłam więc kukiełki na marionetki zrobione z choinkowych bombek. Za scenę służył zabytkowy fotel pradziadka Ludwika Piekarskiego, którego oparcie przypominało wielkie drzewo. Kuchenny zydel był zamkiem. I tam moje „marionetki” przeżywały swoje przygody. Nigdy nie miałam jednak publiczności, a przecież używając tych zabawek, kukiełek, marionetek, opowiadałam historie. I chciałam choć raz opowiedzieć jakąś publicznie. Okazja nadarzyła się, gdy miałam 8 lat i z powodu jakiejś choroby, któregoś z nauczycieli dwie klasy zebrano w jednej sali. Pani spytała, kto chce opowiedzieć bajkę. Zgłosiłam się. Chciałam opowiedzieć jedną ze swoich bajek, w których role odgrywały moje zabawki: samochody, czołgi, żołnierze, misie, lalki itd. Niestety, nie umiałam jej dokończyć, bo wszystkie moje opowieści były nieskończone niczym telenowela. Ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to musi mieć wstęp rozwinięcie i zakończenie. Myślałam, że kwestia jest w tym, że ja nie pamiętam. Ponieważ nie umiałam bajki dokończyć, więc Pani powiedziała: „Dobra! Siadaj! Dokończysz nam, kiedy indziej”. Poczłapałam na swoje miejsce. Wszyscy chichotali, a Henio, z drugiej klasy, z którym wtedy siedziałam w ławce, powiedział: „Ale nazmyślałaś!” A ja chciałam, by ktoś myślał, że ja tak świetnie znam dużo bajek i żebym nie wiedział, że to moja opowieść. No i postanowiłam to wszystko zapisywać. Co wcale łatwe nie było.



-Czy należała Pani do harcerstwa, a jeśli tak, to jak je Pani wspomina?

K.P.: Oczywiście. Należałam najpierw do zuchów, a potem do harcerstwa. Byłam na jednym obozie zuchowym i czterech harcerskich. O ile jednak obóz zuchowy w Gierałcicach wspominam traumatycznie, bo druhna znęcała się nad nami, a zwłaszcza nade mną, wykorzystując przewagę wieku, stanowiska itd., o tyle harcerstwo wspominam wspaniale. Uważam, że uczy samodzielności, dzielności, miłości do przyrody i w nienachalny sposób patriotyzmu. Zuchy też są super, ale musi być dobry drużynowy. Wtedy, gdy ja byłam dzieckiem, często osoby, które prowadziły drużyny zuchowe nie miały żadnego przygotowania pedagogicznego i chyba szły tam po to, by mieć władzę. Choć co to za władza nad garstką dzieci. Jednak na tym obozie w Gierałcicach druhna ewidentnie upajała się taką władzą nad nami. Na przykład nie wypuszczała nas w nocy do toalety. Ja miałam 9 lat i kłopot z utrzymaniem moczu, bo byłam po operacji na cewkę moczową. Z tego powodu kilka razy zsiusiałam się w łóżko, bo nie byłam w stanie wytrzymać do świtu. Do dziś pamiętam, jak kazała mi zdejmować spodnie i z gołą pupą paradować przez salę przy innych koleżankach. Biła też skórzanym paskiem od radia za drobne nawet przewinienia. Na dodatek czytała listy naszych rodziców do nas, czyli łamała tajemnicę korespondencji, choć wypierała się tego, że te listy czytała. Twierdziła, że już przyszły otwarte. Poskarżyłam się tacie w jednym z listów, a tata kolejny przysłał opieczętowany lakowymi pieczęciami z herbem. Druhna zrobiła mi gigantyczną awanturę o te pieczęcie lakowe z herbami, bo przecież „mamy socjalizm i nie ma podziałów klasowych” i znów zbiła paskiem od radia. Kiedy rodzice odbierali nas z tych zuchowych kolonii tata zrobił jej awanturę o kary cielesne i sprawa oparła się o hufiec. I wtedy okazało się, że to w ogóle nie była harcerka tylko jakaś przypadkowa osoba, która pojechała z nami niejako na zastępstwo. W harcerstwie już nigdy z takim czymś takim się nie spotkałam. Miałam wspaniałe drużynowe i drużynowych, dzięki którym miałam wspaniałe przygody i nauczyłam się mnóstwa praktycznych rzeczy od rozpalania ogniska przez rozbijanie namiotów aż po różne szyfry itd. Harcerstwo to gwarancja świetnych przygód, bo to są podchody, zadania w zdobywanie czegoś, wycieczki itd. Pamiętam emocjonujące nocne warty, robinsonady, kiedy trzeba było zbudować chatkę w lesie i w niej przeżyć i tak dalej.



-W Pani powieściach dla dzieci i młodzieży pojawia się wątek pierwszej miłości. Czy pamięta Pani swoje pierwsze zauroczenie? Kim ta osoba była i w jaki sposób zwróciła Pani uwagę na siebie?

K.P.: Zakochiwałam się bez przerwy od przedszkola, więc trudno mi powiedzieć, które zauroczenie było pierwsze, bo zawsze ktoś mnie interesował. Jednak w dzieciństwie to były uczucia krótkotrwałe. Takie pierwsze poważne to było, kiedy miałam piętnaście lat. Byłam bardzo nieufna, bo wcześniej, gdy jakiejś koleżance mówiłam, że ktoś mi się podoba, to zaraz o tym wiedziała niemal cała szkoła. Tu była inna sytuacja. Byłam w liceum. On mi się nie podobał, bo był nie w moim typie. Taki za bardzo lalusiowaty. Chodziliśmy do jednej klasy. Dziś myślę, że ten brak zainteresowania z mojej strony był tym, co go kręciło. Mieszkaliśmy niedaleko siebie, po dwóch stronach Broniewskiego. Często wracaliśmy razem ze szkoły. Żartowaliśmy. Ale po pierwszej klasie liceum zmieniłam szkołę. Byłam pewna, że ta znajomość się urwie, ale on nie odpuszczał, przybiegał niemal codziennie pod dom, śpiewał mi po oknami i… tak sobie mnie „wychodził”, że sama nie wiem jak to się stało i kiedy, ale zakochałam się. A potem okazało się, że jednak z jego strony to nie było nic poważnego, a tylko zabawa. Kiedy dowiedziałam się, że z inną poszedł na czyjeś urodziny przeżywałam to tak, że wyłam jak zbity pies, dostałam temperatury, a rodzice chcieli nawet wzywać pogotowie. Miałam złamane serce i nigdy nie dałam się przeprosić, by dopuścić go do siebie ponownie trochę bliżej. Jednak sentyment pozostał i do dziś mamy ze sobą kontakt. On jest starym kawalerem i moim zdaniem nigdy w życiu tak naprawdę się nie zakochał. Ja pustkę uczuciową przeżyłam dopiero jako dorosły człowiek ponad dziesięć lat temu, kiedy zostałam oszukana, okradziona i zdradzona. I wtedy, kiedy byłam pewna, że nigdy w życiu więcej się nie zakocham pojawił się mój obecny mąż.



-Jako autorka książki „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” udowodniła Pani, że posiada rozległą wiedzę na temat dziejów Warszawy. W jaki sposób Pani ją zdobyła? Czy ktoś wprowadził Panią w świat minionych wieków stolicy?

K.P.: Zawsze mnie to interesowało. Co jest za rogiem? Co tu było kiedyś? Kto tędy chodził? Tata był historykiem sztuki, muzealnikiem, varsavianistą, publicystą i dziennikarzem. Zawsze zwiedzałam z nim albo z mamą muzea. Od dziecka fascynowały mnie obrazy Canaletta z widokami Warszawy. Uwielbiałam w domu oglądać albumy z fotografiami, jak wyglądała Warszawa w XIX wieku i tak jakoś naturalnie w to weszłam.



-W Pani powieściach dla dzieci i młodzieży przywołane zostają dawne historie, postacie, przedmioty. Do rzeczywistości zostaje przywołana przeszłość. Skąd czerpie Pani pomysły do pisania dla dzieci i młodzieży?

K.P.: Tematy leżą na ulicy. Dla młodzieży staram się pisać takie książki, które mnie by interesowały, gdybym znów miała naście lat. A interesowała mnie historia, uczucia i to w moich książkach jest.



-Dlaczego miejscem akcji Pani powieści dla dzieci jest Saska Kępa?

K.P.: Powody są dwa: po pierwsze tam mieszkam. W 1989 roku moi rodzice odzyskali jedno mieszkanie w domu po prababci. Po ich śmierci ja wprowadziłam się na tzw. „stare rodzinne śmieci”, czyli tam, gdzie moi przodkowie żyją od przeszło 200 lat. A ponieważ jestem sentymentalna, rodzinna i kocham historię, więc w naturalnym sposób moi bohaterowie mieszkają na moich „starych śmieciach”, ale… jeżdżą też na Żoliborz, na którym się wychowywałam.

Po drugie Saska Kępa to jest miasto w mieście, więc akcja, która dzieje się na Saskiej Kępie świetnie przemawia zarówno do tych, którzy mieszkają w dużych miastach, jak i do tych, co mieszkają w małych miasteczkach żyjących w cieniu wielkich miast. Saska Kępa jest bowiem częścią wielkiego miasta, ale momentami żyje w cieniu stolicy, choć ostatnio za sprawa mody na przesiadywanie w knajpach na Francuskiej czy jeżdżenie na Stadion Narodowy na mecze lub koncerty, to się trochę zmieniło i stała się bardziej wielkomiejska.



-Tajemnice rodzinne, czy na pewno warto je „tropić”, a może lepiej przed nimi uciekać? Jak wiedza na temat dziejów Pani rodziny wpływa na Pani codzienność?

K.P.: Ja uważam, że warto tropić. Wychowywano mnie, że każdy z nas pisze swoją historię i nie odpowiadamy za czyny naszych przodków, choć dziś co i rusz czytam, że ktoś jest np. „dzieckiem ubeka” i odbiera mu się niemal prawo do życia, co jest dla mnie obrzydliwością, bo wśród przodków każdego z nas może znaleźć się ktoś, kogo przeszłość nie jest zbyt chlubna. Każdy z nas to dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i im dalej w las tym więcej drzew, a co za tym idzie wzrasta szansa na znalezienie czegoś niekoniecznie chlubnego. A wszelkie niechlubne zachowania przodków to przecież nie nasza wina. Nikt nam nie każe ich popierać, ale nie ma sensu się wypierać ani nie wolno żądać byśmy za nie odpowiadali. Uważam jednak, że jeśli chcemy dowiedzieć się „dokąd zmierzamy” trzeba wiedzieć „kim jesteśmy”, a to poznamy dowiadując się „skąd przychodzimy”.

Ja nie mam rodziców i rodzeństwa innego poza ciotecznym. Nie mam już cioć i wujków, ani innych stryjków niż stryjeczno-stryjeczni lub stryj wojenny, czyli wojenny brat mojego taty – dziecko Zamojszczyzny adoptowane przez moich dziadków w czasie okupacji. Tymczasem dzięki dobrej znajomości dziejów własnej rodziny czuję się mniej samotna. Mam wrażenie, że nie tylko moi rodzice, ale i moje babcie, dziadkowie, prababcie, pradziadkowie i dalsi przodkowie opiekują się mną, bo znam np. ich dzieje, albo ich listy czy pamiętniki. A dzięki temu mam wrażenie, że znam ich na tyle dobrze, by codziennie móc z nimi rozmawiać.



-W powieści „Dzika” porusza Pani problem rasizmu. Dlaczego jako autorka książek zwróciła Pani uwagę czytelnika właśnie na to zagadnienie?

K.P.: Miałam 15 lat i czarnoskórą przyjaciółkę imieniem Eileen, którą poznałam w warszawskim Fan Clubie Beatlesów. Była córką Polki i Ghańczyka. Wiem, że po maturze wyjechała do Wielkiej Brytanii. Niestety nie mamy dziś kontaktu, ale bardzo miło wspominam wspólnie spędzony czas. Kiedyś zabraliśmy ją z moim tatą pod namiot, bo mój Tata ją uwielbiał. Wychowywałam się w bardzo patriotycznym domu, w którym nie było ani ksenofobii ani rasizmu. Wuj mojego ojca – Henryk Podlewski – walczący pod Tobrukiem żołnierz wojsk polskich na zachodzie, osiadł po wojnie najpierw w Londynie, a potem na Wyspach Bahama i ożenił się z rodowitą mieszkanką tych wysp. Jako dziecko chyba myślałam, że każdy w rodzinie ma minimum jednego czarnoskórego człowieka. A ponieważ pamiętałam, że czarnoskóre korzenie miał np. Puszkin, że w Warszawie przed wojną mieszkał jakiś facet z Afryki i grał nawet w filmach, więc kolor skóry Eileen był dla mnie czymś zupełnie normalnym. Pamiętam jednak ogromny szok, kiedy poszłyśmy we dwie z Eileen w odwiedziny do naszej koleżanki Moniki, a ona otworzywszy drzwi i zobaczywszy nas razem, powiedziała: „Ty możesz wejść, ale Eileen musi zostać za drzwiami, bo moi rodzice nie znoszą Murzynów.” Powiedziałam wtedy, że w takim razie „moja noga nie stanie więcej w tym rasistowskim domu” i wyszłyśmy. Po dwudziestu pięciu latach od tamtych wydarzeń mój syn wylądował w jednej klasie z czarnoskórym Mateuszem. Jeździłam z jego klasą na wycieczki rowerowe, więc znałam niemal wszystkie dzieciaki. Mateusz pięknie śpiewał, był bardzo inteligentny, błyskotliwy i dowcipny. Bardzo go lubiłam, bo na wycieczkach dostarczał dużo radości – szczególnie dlatego, że odznaczał się fenomenalnym poczuciem humoru i dystansu do siebie. Pewnego dnia syn opowiedział mi, że Mateusz nie wszystkich może odwiedzać, bo niektórzy rodzice ich koleżanek i kolegów nie życzą sobie w domu Murzyna. To był dla mnie cios niemal obuchem w głowę. Okazało się bowiem, że minęło ćwierć wieku od dnia, kiedy Monika nie wpuściła Eileen do swojego domu, Polska jest w Unii Europejskiej, mamy się za światowych, a tymczasem nadal ktoś kogoś odrzuca z powodu koloru skóry.



-Skąd czerpie Pani wiedzę na temat świata współczesnych nastolatków, ich problemów, języka, sposobu rozumowania? Jak przygotowywała się Pani do napisania książki „Klasa pani Czajki”?

K.P.: Po prostu pisałam to, co mnie interesowało, gdy miałam naście lat. Ja to świetnie pamiętam, bo mam swój pamiętnik a tamtych lat. Nie brałam z niego żadnych historii, ale ten sposób myślenia nastoletniego dziecka. I sposób patrzenia na świat. Pewną naiwność i szczerość. Problemy się zresztą nie zmieniają tak szybko jak obyczaje czy sprzęty codziennego użytku. Sporo dawało i daje mi to, że ja jestem nie tylko gadułą, ale i bardzo dobrym słuchaczem. Zawsze miałam i nadal mam kilka koleżanek, które głównie opowiadają o sobie, a nie bardzo są zainteresowane słuchaniem tego, co u mnie. Wygląda to tak, że każda opowiada mi godzinami co u niej i kiedy nadchodzi moja kolej na opowiedzenie co u mnie, mam na to właściwie góra dwie minuty. Reakcji nie ma żadnej. Ale to są wbrew pozorom cenne znajomości, bo pozwalają zachować pokorę, a ponadto to dzięki nim zdobywam wiedzę o życiu innych. Lubię tez podsłuchiwać młodzież w miejscach publicznych, lubię czytać for a. kopalnia wiedzy były dla mnie listy do „Magazynu 13-tka”, na które odpowiadałam przez kilka lat.



-Co jest dla Pani ważne w życiu? Nad czym warto pracować? Co warto przekazać potomnym?

K.P.: Ważna jest miłość, ważna jest rodzina i dbanie o nią i ważna jest przyjaźń. Potomnym warto przekazywać informacje o rodzinie, by wiedzieli skąd pochodzą i kim są. Warto pracować nad jednością rodziny. Proszę mnie dobrze zrozumieć teraz. Nie jestem przeciwnikiem rozwodów. W końcu sama rozwiodłam się z moim pierwszym, dziś już nieżyjącym, mężem. Są bowiem historie, kiedy związku nie da się uratować. Przeważnie to te związki, w których jest przemoc domowa. Uważam jednak, że my dziś bardzo szybko rezygnujemy, rozbijamy swoje związki i nie pracujemy nad tym, by to coś, co jest lub było między nami, wzmocnić zanim wygaśnie. Być może wynika to z tego, że nie chcemy przyjaźnić się między sobą, a moim zdaniem tylko połączenie miłości i przyjaźni jest gwarancją udanego związku. Z moim obecnym mężem bardzo się przyjaźnię. Jest moim najlepszym przyjacielem i bardzo to sobie cenię.

A nad czym warto pracować? Ja tam cel mam jeden: umrzeć mniej głupia niż się urodziłam i staram się go realizować, choć zdaję sobie sprawę, że i tak umrę głupia, bo nie da się posiąść wszystkich mądrości tego świata.











   W poniedziałek i wtorek, 13 i 14 marca 2017 r., naszą szkołę odwiedził pan Tom Justyniarski, obrońca praw zwierząt, pisarz, rzecznik prasowy Towarzystwa Obrony Zwierząt w Polsce, inicjator akcji „Dzieci czytają psom w schroniskach”, pomysłodawca pierwszego w Polsce i w Europie „Okna życia dla zwierząt” oraz założyciel Szkolnych Kół Towarzystwa Obrony Zwierząt „Anioły ze Szkoły”.







    W cyklu spotkań z pisarzem uczestniczyli wszyscy uczniowie: dzieci z oddziałów przedszkolnych, klas 1 – 3 oraz z klas 4 – 6. Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się Lusia – uroczy, maleńki piesek rasy Chihuahua, który towarzyszył panu Justyniarskiemu podczas spotkania.                                       


    Pan Justyniarski  przybliżył uczniom historię zawartą w swojej książce pt. „Psie troski”, która zajęła 1 miejsce w konkursie Ministerstwa Edukacji Narodowej "Wybierzmy wspólnie lektury ", wyprzedzając nawet "Harrego Pottera". Jest to prawdziwa  opowieść z życia pisarza, a główny bohater 10-letni Adaś, który zaprzyjaźnia się z Betty, psem ze schroniska, to sam Tom Justyniarski. Inne prezentowane książki, „Mój przyjaciel Bocian”, „Zaginiony kot”, „Pies najlepszym przyjacielem człowieka”, przedstawiają  również autentyczne historie, bo tylko takie wzruszają, uwrażliwiają i docierają do serc młodych czytelników.


    Obrońca praw zwierząt przekazał uczestnikom trzy najważniejsze postulaty:                                                                                


1.Zwierzę nie jest zabawką.                                                                                     


2.Zwierzę jest członkiem naszej rodziny.                                                             


3. Zwierzęta mówią swoim językiem.         




    Zachęcał najmłodszych do przeczytania swoich książek oraz do stania na straży praw zwierząt. Na zakończenie spotkania dzieci mogły kupić książki pana Toma Justyniarskiego wraz z dedykacją i autografem.  Dochód uzyskany ze sprzedaży książek wspiera akcję „Zwierzęta bezdomne”.



Linki do opublikowanych materiałów ze spotkań z pisarzami w SP 355: