Do cyklu wirtualnych spotkań z pisarzami
zaproszenie przyjęli:
zaproszenie przyjęli:

Marta Fox,
Anna Onichimowska,
Małgorzata Karolina Piekarska,
Małgorzta Strękowska - Zaręba,
Łukasz Wierzbicki
(ur. 28 stycznia 1952 r. w Warszawie)
-W
co bawiła się Pani, będąc dzieckiem?
-Każdy z nas ma swoją najwyższą górę świata. Czasami jest ona bardzo stroma i trudno na nią wejść. Co uważa Pani za swój największy życiowy sukces?
-W Pani powieściach dla dzieci bohaterowie książek odbywają dalekie podróże i mają różne przygody. Czy lubi Pani podróżować? Dokąd najchętniej?
-Zabiera
Pani dzieci w świat wyobraźni. Na przykład do starej kamienicy,
gdzie mieszkają duchy. Czy w Pani powieściach dla dzieci są
bohaterowie lub miejsca, które mają jakieś swoje odpowiedniki w
rzeczywistości?
-Powołała Pani do życia wielu niezwykłych bohaterów, ducha Maćka, krasnoludka A, smoka Roberta, skrzydlatego wielbłąda. Pani książki pełne są baśniowych stworzeń. Jakie są Pani ulubione baśnie z dzieciństwa?
-Czym kieruje się Pani, pisząc książki dla dzieci? Chce nas Pani dzieci rozbawić, pocieszyć, zaciekawić?
-Co jest dzisiaj dla Pani ważne? O co warto dbać i zabiegać w życiu?
-Jaka była pierwsza myśl, która przyszła Pani dzisiaj do głowy zaraz po przebudzeniu?
A.O.: W
lekarza, w klasy, w berka, w chowanego, w „ciepło i zimno”, w
„pomidora”...
-Czy
szkoła pomogła Pani odkryć zamiłowanie do książek i pisania? W
jaki sposób?
A.O.: Czytać
nauczyłam się bardzo wcześnie, jeszcze zanim zaczęłam chodzić
do szkoły – mój tato przynosił do domu góry książek. A szkoła
to rozwinęła – przez podsuwanie lektur, no i wypracowania, które
bardzo lubiłam pisać. Miałam szczęście do „pań od polskiego”.
-Mogła
Pani zostać malarką, psychologiem, ogrodnikiem, urzędnikiem,
archeologiem... Dlaczego jest Pani pisarką?
A.O.: To
chyba umiem robić najlepiej.
-Lubi
Pani oglądać obrazy. Postrzega Pani książkę jako piękny
przedmiot. Co bardziej do Pani przemawia obraz czy słowo?
A.O.: Trudne
pytanie. Pisząc scenariusz, muszę myśleć obrazem, pisząc książkę
słowem. Nie mogę powiedzieć, co przemawia bardziej, to zależy od
medium. Lubię czytać ale lubię również oglądać filmy i
obrazy...
-Każdy z nas ma swoją najwyższą górę świata. Czasami jest ona bardzo stroma i trudno na nią wejść. Co uważa Pani za swój największy życiowy sukces?
A.O.: Myślę,
że takich najwyższych gór mamy w życiu wiele. Cieszę się, że
kiedyś postanowiłam – wbrew trudnościom – uprzeć się, że
będę żyć wyłącznie z pisania. Nigdy nie rezygnowałam z podróży
– nawet tych ryzykownych (np. samotna podróż przez Indie i
Nepal). Nie bałam się podejmowania odważnych decyzji życiowych.
Mieszkam teraz w Szwecji, do której się przeprowadziłam pod
wpływem odruchu serca, cztery lata temu. Mam wielu nowych przyjaciół
i nie straciłam starych. Czuję się szczęśliwa.
-W Pani powieściach dla dzieci bohaterowie książek odbywają dalekie podróże i mają różne przygody. Czy lubi Pani podróżować? Dokąd najchętniej?
A.O.: Kocham
podróże, wędrówki. Najchętniej tam, gdzie jeszcze nie byłam.
Lubię podróże dalekie, ale nie tylko. Czasem – wędrując – po
kilku kilometrach można odkryć jakieś nowe magiczne miejsce.
Zawsze mnie ciekawi to, co jest „za zakrętem”...
A.O.: Wierzę,
że gdzieś istnieje taka kamienica i taki duszek Maciek. Że
Kuba i Paweł z „Dalekiego Rejsu” tez mają swoje odpowiedniki w
„rzeczywistym świecie”. Może kiedyś uda mi się ich spotkać?
-Powołała Pani do życia wielu niezwykłych bohaterów, ducha Maćka, krasnoludka A, smoka Roberta, skrzydlatego wielbłąda. Pani książki pełne są baśniowych stworzeń. Jakie są Pani ulubione baśnie z dzieciństwa?
A.O.: Kochałam
Korczaka i jego „Króla Maciusia Pierwszego”, książki Astrid
Lindgren, baśnie Andersena i braci Grimm (chociaż niektórych
bardzo się bałam).
-Czym kieruje się Pani, pisząc książki dla dzieci? Chce nas Pani dzieci rozbawić, pocieszyć, zaciekawić?
A.O.: Wszystko
jednocześnie! Trzeba zaciekawić, aby czytelnik dotrwał do końca
książki. Warto pocieszyć, kiedy jest smutny, bo każdy czasem
bywa, tak to już jest. A co do śmiechu, nie muszę chyba nikogo
przekonywać, że nie ma to jak żyć z uśmiechem na co dzień.
-Co jest dzisiaj dla Pani ważne? O co warto dbać i zabiegać w życiu?
A.O.: O
szczerość wobec samego siebie i życie w zgodzie z własnymi
zasadami. Ważne jest, żeby robić to, co się umie i lubi. Żeby
mieć odwagę realizować marzenia. Żeby być otoczonym
przyjaciółmi, którzy będę mogli na mnie, a ja na nich liczyć.
-Jaka była pierwsza myśl, która przyszła Pani dzisiaj do głowy zaraz po przebudzeniu?
A.O.: Wcale
mi się nie chce iść na trening... (ale oczywiście poszłam i było
fajnie!)
(ur. 1 stycznia 1952 roku w Siemianowicach Śląskich)
|
Poetka, powieściopisarka, eseistka. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Nauczycielka języka polskiego i bibliotekarka. Napisała ponad czterdzieści książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Dla dzieci powieści: "Przybij piątkę", "Zielona Nikola", "Bartek Wścieklica", dla nastolatek: "Pierwsza miłość", "Magda.doc", "Paulina.doc", "Agaton-Gagaton", "Więc nie wiń mnie za to", "Sekretnik", "Idol", "Zakochaj się, mamo". Otrzymała wiele prestiżowych nagród w Polsce. Czytaj więcej.
|
-Nauczycielka
języka polskiego, bibliotekarka, dziennikarka, pisarka. W której
roli czuje się Pani najszczęśliwsza i dlaczego?
M.F.:
Szczęśliwość nie ma tu nic do rzeczy. Szczęśliwość to stan
ducha niekoniecznie związany z wykonywanym zawodem. Mogę natomiast
powiedzieć, że w każdym wymienionym zawodzie czułam się
spełniona. Nigdy nie chodziłam do pracy "za karę".
Prawie wszystkie moje zajęcia związane były z kulturą, co jest
zgodne z moim wykształceniem. Najtrudniejszą pracą, tak myślę po
latach, była praca nauczycielki. Dawała mi jednak tak wiele
satysfakcji, że nie myślałam wówczas o trudach.
-W jaki sposób odnalazła Pani w sobie pisarza?
M.F.:
Gdybym zaczęła opowiadać, byłaby to długa opowieść. Polecam
więc moją książkę "Autoportret z Lisiczką". Tam dużo
napisałam o tym, jak to się stało, że zmieniłam zawód i stałam
się pisarką. Od razu jednak zdradzę, że choć nie marzyłam o
pisaniu, to jednak przygotowywałam się do niego solidnie przez co
najmniej 35 lat, czyli czytałam, studiowałam, obserwowałam świat
i ludzi, wsłuchiwałam się w opowieści, starałam się rozumieć,
bo od dziecka miałam w sobie "serduszko z uszkami".
Pierwszą książkę wydałam w wieku 42 lat. Na rynku czytelniczym
jestem już ćwierć wieku. I dzisiaj jestem autorką prawie
50.wydanych książek.
-Czy w życiu jest coś ważniejszego od miłości? Czy bez miłości można żyć?
M.F.:
Nie wiem, jak można byłoby żyć bez miłości. Ale są ludzie,
którzy żyją, tylko co to za życie. Dla mnie ważna jest jeszcze
dobroć. Najlepiej poetycko wyraził to C. K. Norwid:
"Z
rzeczy świata tego,
zostaną
tylko dwie.Dwie tylko:
Poezja i dobroć.
Więcej nic".
-"Zakochaj się, mamo". Skąd pomysł na tytuł książki?
M.F.:
Pomysł na tytuł związany jest z treścią powieści. Bohaterka,
13-latka, widzi, że jej mama świetnie sobie radzi w życiu
zawodowym, ale mimo osiąganych sukcesów, jest smutna. Dziewczynka
myśli, że mama czuje się samotna i dlatego postanawia mamie
znaleźć "chłopaka". Przy okazji i ona się zakochuje.Proszę,
przeczytajcie tę powieść. I niech ją też przeczyta mama i
babcia, może ciocia i tata. Naprawdę będzie o czym rozmawiać.
-Pani książki towarzyszą nastolatkom w okresie dojrzewania i pierwszych miłości. Dlaczego wybrała Pani właśnie tego rodzaju czytelnika? Co chciała mu Pani przekazać?
M.F.:
W każdej powieści "przekazuję" coś innego. Pierwszą
powieść z gatunku młodzieżowych napisałam dla mojej córki,
która nie chciała czytać ("Batoniki Always miękkie jak
deszczówka", są jeszcze dwie kolejne części, a także
wszystkie trzy wydane w jednym tomie pod tytułem "Agaton-Gagaton").
Dzisiaj córka jest panią magister filologii polskiej. Teraz dla jej
synów napisałam 3 książeczki: "Przybij piątkę",
"Zielona Nikola", "Bartek Wścieklica". Pisałam
dla swoich córek i wnuków, ale przy okazji moje powieści zyskiwały
szersze grono czytelników. Młodzi ludzie potrzebują rozmowy.
Poprzez moje książki rozmawiam z czytelnikami o wszystkich trudnych
sprawach, także o sprawach wielu dojrzewania. Nie zamiatam tematów
pod dywan. Dzisiaj wiele się zmieniło, bo coraz mniej jest tematów
tabu. Poza tym jest Internet i książek w bród. Myślę, że umiem
rozmawiać z młodymi i umiem słuchać tego, co mają do
powiedzenia.
-Bartek Wścieklica, główny bohater Pani
powieści, przypomina typowego ucznia klasy trzeciej. Czy lekarstwem
na "wścieklicę" Bartka może być pomoc komuś
drugiemu? A jeśli tak, to dlaczego?
M.F.:
No przecież wiecie dlaczego! Jeśli pomagasz innym, to czujesz się
potrzebny, lubiany, chciany. Przestajesz widzieć tylko koniec
własnego nosa.
-Paweł, Bartek Wścieklica, Mikołaj, Zielona
Nikola uczą się w jednej klasie. Co zainspirowało Panią do
ożywienia tych postaci i przedstawienia ich historii w książce dla
dzieci?
M.F.:
Moje powieści i opowiadania, te dla dzieci, młodzieży i dorosłych,
to fikcja literacka. Wymyślam historie. Pisarz musi mieć
wyobraźnię. Piszę powieści realistyczne, obyczajowe, więc
wymyślone fabuły mają odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Wszystko, co jest w tych powieściach, zdarzyć się mogło, choć
nie musiało. Wydarzenia są więc prawdopodobne. Mam oczy szeroko
otwarte. Obserwuję świat i ludzi. Ja piszę o życiu, inni piszą o
wampirach.
-Dlaczego w książkach dla dzieci zostawia Pani
czytelnikowi miejsce na zapisanie lub narysowanie jego własnych
przemyśleń?
M.F.:
Podoba Wam się to? Moim wnukom i dzieciom znajomych się podoba. W
ten sposób daję moim czytelnikom szansę bycia kreatywnymi, czyli
twórczymi. Mogą pisać o tym, co myślą. Albo mogą rysować.
Wszystko wedle własnego pomysłu.
-Która z Pani książek narodziła się w największych bólach? A z której jest Pani najbardziej dumna?
M.F.:
Każda rodzi się w wielkich bólach. Aby moi czytelnicy powiedzieć
mogli, że przeczytali powieść jednym tchem, ja muszę solidnie się
nad tym napracować, dobierając słowa, układając je w zdania
poprawnie zbudowane i bogate stylistycznie.
Najbardziej
dumna jestem z moich wierszy.-Ma Pani mnóstwo pomysłów na napisanie nowych książek. Nad czym Pani obecnie pracuje?
M.F.:
Tak, pomysłów mi nie brakuje. Pomysły leżą na ulicy, trzeba
patrzeć pod nogi. Nie lubię mówić o moich planach, bo jestem
przesądna i boję się, że mogą się nie zrealizować. Lubię
rozmawiać o tym, co już jest. A dużo tego. Na targach książek w
Krakowie (październik) będę podpisywała mój nowy tomik wierszy
pod tytułem "Lacrimosa". Ukaże się lada dzień. Na
targach w Katowicach (listopad) będę podpisywać powieści dla
dzieci i młodzieży, te, które wymienialiście, a także inne, na
przykład: Idola, Karolinę XL, Kaśkę Podrywaczkę, Izę
Buntowniczkę.
(ur. 15 września 1974 roku w Poznaniu)
Autor
książek dla dzieci, podróżnik, redaktor i biografista. Ukończył studia na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Napisał powieści dla dzieci, takie jak: "Afryka Kazika", "Dziadek i niedźwiadek. Historia prawdziwa", "Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana. Historia prawdziwa", "Machiną przez Chiny. Poradnia K". W formie opowieści przedstawił przygody z podróży Kazimierza Nowaka do Afryki, Jana di Piano Carpini i Benedykta Polaka do Imperium Mongolskiego, Haliny Korolec-Bujakowskiej do Chin. Za działalność literacką otrzymał wiele prestiżowych nagród w Polsce. Czytaj więcej.
książek dla dzieci, podróżnik, redaktor i biografista. Ukończył studia na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Napisał powieści dla dzieci, takie jak: "Afryka Kazika", "Dziadek i niedźwiadek. Historia prawdziwa", "Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana. Historia prawdziwa", "Machiną przez Chiny. Poradnia K". W formie opowieści przedstawił przygody z podróży Kazimierza Nowaka do Afryki, Jana di Piano Carpini i Benedykta Polaka do Imperium Mongolskiego, Haliny Korolec-Bujakowskiej do Chin. Za działalność literacką otrzymał wiele prestiżowych nagród w Polsce. Czytaj więcej.-Ukończył Pan studia na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Jest Pan pisarzem dla dzieci i dorosłych, podróżnikiem. Ma Pan rozległą wiedzę historyczną. Jakie były Pana ulubione przedmioty w szkole podstawowej?
Ł.W.: Przyroda i historia - te dziedziny fascynowały mnie od zawsze i one znajduję swoje odbicie w moich książkach. Co do mojej wiedzy historycznej, muszę zdradzić, że nie jest ona aż tak rozległa. Ale gdy sięgam po jakiś konkretny temat, staram się czytać jak najwięcej. Żeby napisać książeczkę o misiu Wojtku z Armii Andersa, przeczytałem ponad pięćdziesiąt książek na ten temat, głównie pamiętniki żołnierzy. Chciałem poznać jak najlepiej tamten świat, tamten czas. Wcześniej, to znaczy zanim poznałem niedźwiedzia, o Armii Andersa wiedziałem bardzo niewiele.
-Kiedy
i dlaczego zainteresował się Pan badaniem materiałów
wspomnieniowych z wypraw podróżniczych?
Ł.W.:
O Kazimierzu Nowaku, podróżniku, który przemierzał Afrykę
rowerem, wiedziałem zawsze. Dziadek mi o nim opowiadał. Ale był
taki dzień, gdy Dziadek wspomniał, że nigdy nie ukazała się
książka, relacja z tamtej wyprawy. Sam Nowak nie zdążył jej
napisać, zmarł bowiem dziesięć miesięcy po powrocie do Polski.
To był impuls. Pomyślałem: nie zdążył, nie ma książki, ale
może nic straconego, może dałoby się taką książkę odtworzyć
na podstawie relacji w gazetach. Udałem się do biblioteki i
odnalazłem około stu listów z Afryki z lat 30. Zebrałem je w
książeczce "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". I to był
początek mojej przygody. To było jakieś 20 temu.
-Życie
pisze najlepsze scenariusze, także do książek dla dzieci. Pisze
Pan książki na podstawie dziejów autentycznych wypraw
podróżniczych Kazika Nowaka do Afryki, Haliny
Korolec-Bujakowskiej do Chin. Dlaczego nie poprzestał Pan na badaniu
dokumentów archiwalnych i pisaniu książek dla dorosłych? Dlaczego
chciał Pan podzielić się tymi niezwykłymi historiami z dziećmi?Ł.W.: Pomysł na napisanie książki dla dzieci, tej o Kaziku, podsunęła mi Żona. Instynktownie poczułem, że tak, że to trzeba zrobić… wówczas, w 2007 roku, gdy pisałem Afryką Kazika, nie wiedziałem jeszcze, że w pewnym sensie będzie to strzał w dziesiątkę. Dziś wiem. Dzieci potrzebują takich historii, autentycznych, polskich, niezwykłych, czekają na nie, emocjonują się nimi nie mniej, niż tymi fikcyjnymi z kina i komiksów.
-Ile jest prawdy historycznej, a ile fikcji literackiej w Pana opowieściach dla dzieci?
Ł.W.: Oj, przyznam się, że czasem coś ubarwię, nazmyślam, dodam przygodę lub bohatera. Czasem czerpię z własnych doświadczeń i przemyśleń, czasem wymyślę coś po prostu. Główny wątek jest oparty na prawdziwych wydarzeniach, staram się też zachować charakterystyczne cechy bohaterów. Ale priorytetem jest stworzenie książki, która będzie atrakcyjna, śmieszna lub straszna, przygodowa, spójna i zajmująca. Zmyślam lub zmieniam zakończenia przygód z myślą o Czytelnikach, by im się lepiej czytało, by bardziej ich wciągnąć.
-W jaki sposób Pan podróżuje? Samotnie czy z grupą turystów, według planu czy poza planem, po szlakach turystycznych czy według własnych wytycznych?
Ł.W.: Odkąd poznałem Klaudię, moją żonę, podróżujemy razem. Odkąd mamy dzieci, podróżujemy razem. Aktualnie Jonasz ma 7 lat, Jeremi 4,5. I na każde wakacje staramy się planować jakiś dalszy wyjazd. Podróżując z dziećmi dobrze jest parę rzeczy zaplanować, by nie narażać maluchów na niewygody, nudę, czy jakieś ryzyko, na przykład związane z chorobami, dlatego nie podróżujemy już tak spontanicznie jak kiedyś… ale pewien margines luzu staramy się sobie zostawić. Planowanie wszystkiego wiąże się zawsze ze stresem. Czy plan się uda zrealizować, czy nie? Zdążymy, czy coś nam stanie na przeszkodzie? Staram się podczas wyjazdów unikać tego stresu.
- Czy Pana własne podróże stają się dla Pana także inspiracją do pisania książek dla dzieci? Jeśli tak, to w jaki sposób?
Ł.W.: Oczywiście, bez dwóch zdań nie pisałbym książek podróżniczych, gdybym sam nie kochał podróży. Kazik powiada na końcu książki: "Zawsze gdy ruszysz w drogę, spotka cię coś ciekawego". To słowa, których sam się nauczyłem podczas mojej wyprawy do Afryki. Można powiedzieć, że Kazik ma coś ze swego pierwowzoru, Kazimierza Nowaka, ale ma też coś z Łukasza Wierzbickiego. Podobnie z Halinką, bohaterką książki Machiną przez Chiny. Ona też w swoim pamiętniku zapisuje czasem zdania, które odnalazłem w moich pamiętnikach z podróży. Na przykład te słowa, które znaleźć można na okładce książki. O tym, że można czytać bez końca, ale żeby naprawdę poznać świat trzeba samemu wyruszyć. To moje refleksje z wyprawy do Zimbabwe. Wydały mi się idealne, by wpleść je w opowieść Haliny.
-Aby wyruszyć w daleką podróż w nieznane trzeba być człowiekiem odważnym i nieustraszonym, na przykład tak, jak Jan z Grabowej Doliny i Benedykt Polak, którzy w XIII wieku wyprawili się do dalekiego kraju Mongołów lub niedźwiadek Wojtek, który brał udział w bitwie o Monte Cassino.W jaki sposób wybiera Pan bohaterów z kart historii, aby przedstawić ich losy czytelnikom? Jakie postacie historyczne są Panu bliskie i dlaczego?
Ł.W.: Musi pojawić się jakiś impuls, jakaś więź, coś musi zadzwonić mi w głowie. Mówiąc żartobliwie muszę zakochać się w bohaterze mojej przyszłej książki, by zacząć pracę. Ale gdy już się zakocham, nic mnie nie jest w stanie odwieść od pracy. Tak było z misiem Wojtkiem. Pomyślałem, "co to musiał być za zwierz, no ja nie wierzę!". Podobnie było z Benedyktem Polakiem, pomyślałem "do Mongolii pojechał w parę lat po najeździe Mongołów na Europę, ależ musiał być odważny!". Jeśli nie ma tego dzwonka, jeśli nie ma tej więzi z bohaterem, nie uda się.(Miś Wojtek bezpośrednio nie brał udziału w samej bitwie, ale oczywiście był obecny podczas przygotowań, niósł kolegom pociechę, otuchę…)
-"Wokół świata na wariata" to tytuł Pana książki, która ukaże się w 2018 roku. Czego możemy spodziewać się, sięgając po ten tytuł w księgarni?
Ł.W.: Podejrzewam, że wydanie tej książki opóźni się, przez kilka miesięcy bowiem pracowałem nad książką o Olku Dobie, "Ocean to pikuś", taki nosi tytuł i ona ukaże się w 2018 roku. Nad książką "Wokół świata na wariata" pracuję wieczorami i im bliżej końca tej podróży, tym jestem bardziej przerażony. To opowieść o dwóch przyjaciołach, Tadeuszu i Leonie, którzy objechali świat dookoła, ale po drodze nawyczyniali tyle głupot i tyle niewiarygodnych przygód im się przytrafiło… że mi samemu, gdy czytam ich relacje, trudno w to uwierzyć. To będzie książka, w której wszystko idzie nie tak jak powinno, a mimo to życie idzie do przodu. O wspaniałej przyjaźni bohaterów. I o zuchwałych marzeniach i o harmonii świata. Bohater, a wraz z nim Czytelnik, przekona się, że świat choć jeden, wielki, piękny. I że jest naszym wspólnym domem. To brzmi może trochę szaleńczo, ale mam nadzieję, że książka wszystko wyjaśni.
-Dzięki przygodom nasze życie staje się niepowtarzalne i kolorowe. Czy Pan czasami nudzi się? A jeśli tak, to co Pan wtedy robi?
Ł.W.: Niestety, aktualnie nie nudzę się. Wciąż czekają na mnie zadania, które sam przed sobą stawiam. Teksty do napisania, listy, które czekają na odpowiedź, książki, w długiej kolejce stoją na półce i wołają "poczytaj, poczytaj"… i ogród, i trawnik do skoszenia. A ja to wszystko odkładam na później, bo postanawiam pobawić się z moimi synami. Staram się spędzać z rodziną jak najwięcej czasu.
-Co jest dla Pana najważniejsze w podróży jaką jest Pana życie?
Ł.W.: Na różnych etapach życia różnie na takie pytanie bym odpowiedział. Aktualnie rodzina, dzieci, nasze wspólne szczęście, to na pewno. Jeśli chodzi o mnie samego, chciałbym mieć poczucie, że dopełniłem swoją historię, wykorzystałem swój czas tak, jak mogłem najlepiej, wykorzystałem to, co dostałem najlepiej jak mogłem. Pracuję nad tym, dzień za dniem.
(ur. w 1960 r. w Lemanie)
Pisarka, dziennikarka, recenzentka, współautorka podręczników, członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Laureatka licznych nagród, wyróżnień i nominacji. Jej książka "Złodzieje snów" została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Dzieci znają ją jako autorkę serii książek o Okropnym Maciusiu, Filipku i detektywie Teosiu Kefirku. Czytaj więcej.
-Jaka jest Pani ulubiona książka z dzieciństwa?
M.S.: Było ich wiele, np. „Puc, Bursztyn i goście”, „Nie płacz, koziołku”, „Przygody Tomka Sawyera”, książki Niziurskiego, Nienackiego, baśnie i mitologie, szczególnie Greków i Rzymian.
-Jak wspomina Pani czasy nauki w szkole podstawowej?
M.S.: Klasy I-IV bardzo dobrze. Chodziłam do małej szkoły, w klasie było niewielu uczniów, wszyscy się znali i przyjaźnili. Od V kl. było już mniej przyjemnie, bo zmieniłam szkołę na dużą. W liceum przestałam lubić szkołę, z wyjątkiem niektórych lekcji (polskiego, historii, biologii).
-Pani książki bawią, uczą, otwierają na świat. Co jest główną misją Pani pracy?
M.S.: Chciałabym, żeby lektura moich książek sprawiała przyjemność czytelnikowi. Żeby moje książki go rozbawiły, zaciekawiły lub doprowadziły do łez. Chcę zarazić młodych ludzi czytaniem.
-Czy znani i lubiani bohaterowie Pani książek, tacy jak Okropny Maciuś, Filipek czy detektyw Teoś Kefirek mają swoje pierwowzory w postaciach z krwi i kości?
M.S.: Zazwyczaj moi bohaterowie mają cechy wielu osób, które znam lub znałam. Jedynie Filipek ma swój pierwowzór. Rzeczywisty Filip skończył już studia i został raperem, to on sprawdzał mi niektóre rapy PoS Antoniego zawarte w cyklu książek o Filipku.
-W Pani książkach można odnaleźć humor, wartką akcję i barwne postaci. Skąd czerpie Pani pomysły na pisanie książek dla dzieci?
M.S.: Głównie z wyobraźni. Wymyślam swoim bohaterom takie przygody, jakie sama chciałabym przeżyć, gdybym była w ich wieku.
-Pani książka „Złodzieje snów” została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Niektórzy podkreślają jednak, że jest to książka nie tylko dla dzieci, ale dla dorosłych. Co odkryje w niej dziecko, a co dorosły?
M.S.: Książka ma warstwę dla dzieci, a głębiej, warstwę dla dorosłych. Do dziecka kieruję fantastyczną/ baśniową opowieść o dzieciach i skrzatach. Dorośli, mam nadzieję, odnajdą w książce smutną historię o cierpieniu dziecka, którego rodzina się rozpada.
-Jest Pani laureatką licznych nagród, wyróżnień i nominacji. Którą z nich ceni Pani najbardziej i dlaczego?
M.S.: Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego, ponieważ jest jedną z najważniejszych polskich nagród przyznawanych za osiągnięcia w dziedzinie literatury dla dzieci, ale również dlatego, że była pierwszą nagrodą, jaką dostałam za książkę dla młodego czytelnika.
-Jest Pani autorką książki „Bajkoterapia, czyli dla małych i dużych o tym, jak bajki mogą pomagać”. Za pomocą baśniowej opowieści „rozmawia” Pani z dzieckiem na trudne tematy, na przykład o przemocy w rodzinie („Dom nie z tej ziemi”), rozstaniu rodziców („Złodzieje snów”). W jaki sposób bajka może pomóc?
M.S.: Uważam, że bajka, opowieść literacka jest świetnym pretekstem do rozmowy z dzieckiem o jego lękach, problemach i pytaniach. Jest więc punktem wyjścia, jedną z pomocy, ale też podsuwa rozwiązania niektórych sytuacji, poza tym pokazuje, że inni również mają kłopoty, co czasem przynosi ulgę.
-Jest Pani organizatorką przeglądu filmów dokumentalnych poświęconych pisarzom polskim i zagranicznym. Jaki jest Pani ulubiony pisarz?
M.S.: Jest ich wielu, z polskich pisarzy m.in. Prus, Odojewski, Herbert, a z młodego pokolenia najbardziej odpowiada mi proza Szczepana Twardocha i - dla odprężenia - kryminały Marka Krajewskiego. Generalnie, cenię powieść dziewiętnastowieczną, nie tylko polską, np. takich autorów jak:, Dostojewski, Tołstoj, Balzak; i bardzo lubię humor pisarzy czeskich, np. Haszka czy Hrabala.
-Nad czym Pani obecnie pracuje? Jak będzie nowość wydawnicza Pani autorstwa?
M.S.: Właśnie skończyłam książkę o Józefie Piłsudskim „Marszałek Józef Piłsudski”, o ile wiem, jest już w druku. Wyjdzie w tej samej serii co „Rotmistrz Witold Pilecki”. Teraz piszę siódmy tom przygód Filipka Zaskrońca „Filipek i imprezy”. Wkrótce zaczynam pisać książkę o królu Sobieskim.
Pisarka, dziennikarka prasowa i telewizyjna. Autorka książek dla dzieci i młodzieży, których akcja rozgrywa się na Saskiej Kępie, gdzie sama mieszka i skąd pochodzą jej przodkowie. Tytuły jej książek: "Tropiciele", "Klasa Pani Czajki", "LO-teria", "Dzika", "Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy". Związana była z programami informacyjnymi TVP: Telewizyjnym Kurierem Warszawskim i Telewizyjnym Kurierem Mazowieckim. Współpracowała z dwutygodnikiem Cogito i Victor gimnazjalista. Czytaj więcej. Tu i tu.
-W
wieku 8 lat powiedziała Pani, że będzie pisarką. Co się wtedy
stało? Czy dziecko jest już gotowe podjąć tak odpowiedzialną
decyzję?
K.P.:
Jestem z pokolenia, które wychowywało się bez gier komputerowych.
Ponieważ nie miałam rodzeństwa, a mojej mamie nie podobała się
większość moich koleżanek i kolegów, których domy uważała za
nieodpowiednie dla mnie, więc bawiłam się głównie sama.
Wszystkie moje zabawy były fabularne. Bawiłam się w policjantów i
złodziei, wojnę, bal, księżniczkę i księcia i tak dalej. Były
to zabawy, w których opowiadałam historie, a moje zabawki odgrywały
w nich niepoślednie, ale często główne role. Do tego dochodziła
moja fascynacja teatrem lalkowym. Rodzice często prowadzali mnie do
warszawskich teatrów „Lalka” czy „Guliwer”, a telewizja
polska pokazywała Jana Wilkowskiego, który najmłodszym prezentował
różnego rodzaju lalki. Te lalki (albo kukiełki czy marionetki)
opowiadały różne historie i ja też chciałam takie rzeczy robić.
Kupno zestawu kukiełkowego teatrzyk nie było jednak proste, bo
trzeba było mieć znajomości w handlu, a rodzice takich nie mieli.
Zestaw do zabawy „teatrzyk kukiełkowy” ze scenariuszem
kopciuszka miała jedna koleżanka. Bardzo jej tego zazdrościłam,
ale… od czego gałganki? Szyłam od dziecka, miałam 4 lata, kiedy
nauczyłam się nie tylko czytać,
ale też szydełkować, więc… zrobiłam sobie swoje kukiełki
wykorzystując kuchenne, drewniane łyżki i gałganki przeznaczone
na ubranka dla lalek. Moim łyżkowym kukiełkom namalowałam oczy i
buzie, dałam „kiecki” i… bawiłam się wymyślając swoje
historie. Oczywiście po skończonej zabawie i odłożeniu łyżek na
miejsce wybuchła awantura, bo na łyżkach zostały namalowane
flamastrami buzie i oczy. Mama była strasznie zła. Zmieniłam więc
kukiełki na marionetki zrobione z choinkowych bombek. Za scenę
służył zabytkowy fotel pradziadka Ludwika Piekarskiego, którego
oparcie przypominało wielkie drzewo. Kuchenny zydel był zamkiem. I
tam moje „marionetki” przeżywały swoje przygody. Nigdy nie
miałam jednak publiczności, a przecież używając tych zabawek,
kukiełek, marionetek, opowiadałam historie. I chciałam choć raz
opowiedzieć jakąś publicznie. Okazja nadarzyła się, gdy miałam
8 lat i z powodu jakiejś choroby, któregoś z nauczycieli dwie
klasy zebrano w jednej sali. Pani spytała, kto chce opowiedzieć
bajkę. Zgłosiłam się. Chciałam opowiedzieć jedną ze swoich
bajek, w których role odgrywały moje zabawki: samochody, czołgi,
żołnierze, misie, lalki itd. Niestety, nie umiałam jej dokończyć,
bo wszystkie moje opowieści były nieskończone niczym telenowela.
Ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to musi mieć wstęp
rozwinięcie i zakończenie. Myślałam, że kwestia jest w tym, że
ja nie pamiętam. Ponieważ nie umiałam bajki dokończyć, więc
Pani powiedziała: „Dobra! Siadaj! Dokończysz nam, kiedy indziej”.
Poczłapałam na swoje miejsce. Wszyscy chichotali, a Henio, z
drugiej klasy, z którym wtedy siedziałam w ławce, powiedział:
„Ale nazmyślałaś!” A ja chciałam, by ktoś myślał, że ja
tak świetnie znam dużo bajek i żebym nie wiedział, że to moja
opowieść. No i postanowiłam to wszystko zapisywać. Co wcale łatwe
nie było.
-Czy
należała Pani do harcerstwa, a jeśli tak, to jak je Pani wspomina?
K.P.:
Oczywiście. Należałam najpierw do zuchów, a potem do harcerstwa.
Byłam na jednym obozie zuchowym i czterech harcerskich. O ile jednak
obóz zuchowy w Gierałcicach wspominam traumatycznie, bo druhna
znęcała się nad nami, a zwłaszcza nade mną, wykorzystując
przewagę wieku, stanowiska itd., o tyle harcerstwo wspominam
wspaniale. Uważam, że uczy samodzielności, dzielności, miłości
do przyrody i w nienachalny sposób patriotyzmu. Zuchy też są
super, ale musi być dobry drużynowy. Wtedy, gdy ja byłam
dzieckiem, często osoby, które prowadziły drużyny zuchowe nie
miały żadnego przygotowania pedagogicznego i chyba szły tam po to,
by mieć władzę. Choć co to za władza nad garstką dzieci. Jednak
na tym obozie w Gierałcicach druhna ewidentnie upajała się taką
władzą nad nami. Na przykład nie wypuszczała nas w nocy do
toalety. Ja miałam 9 lat i kłopot z utrzymaniem moczu, bo byłam po
operacji na cewkę moczową. Z tego powodu kilka razy zsiusiałam się
w łóżko, bo nie byłam w stanie wytrzymać do świtu. Do dziś
pamiętam, jak kazała mi zdejmować spodnie i z gołą pupą
paradować przez salę przy innych koleżankach. Biła też skórzanym
paskiem od radia za drobne nawet przewinienia. Na dodatek czytała
listy naszych rodziców do nas, czyli łamała tajemnicę
korespondencji, choć wypierała się tego, że te listy czytała.
Twierdziła, że już przyszły otwarte. Poskarżyłam się tacie w
jednym z listów, a tata kolejny przysłał opieczętowany lakowymi
pieczęciami z herbem. Druhna zrobiła mi gigantyczną awanturę o te
pieczęcie lakowe z herbami, bo przecież „mamy socjalizm i nie ma
podziałów klasowych” i znów zbiła paskiem od radia. Kiedy
rodzice odbierali nas z tych zuchowych kolonii tata zrobił jej
awanturę o kary cielesne i sprawa oparła się o hufiec. I wtedy
okazało się, że to w ogóle nie była harcerka tylko jakaś
przypadkowa osoba, która pojechała z nami niejako na zastępstwo. W
harcerstwie już nigdy z takim czymś takim się nie spotkałam.
Miałam wspaniałe drużynowe i drużynowych, dzięki którym miałam
wspaniałe przygody i nauczyłam się mnóstwa praktycznych rzeczy od
rozpalania ogniska przez rozbijanie namiotów aż po różne szyfry
itd. Harcerstwo to gwarancja świetnych przygód, bo to są podchody,
zadania w zdobywanie czegoś, wycieczki itd. Pamiętam emocjonujące
nocne warty, robinsonady, kiedy trzeba było zbudować chatkę w
lesie i w niej przeżyć i tak dalej.
-W
Pani powieściach dla dzieci i młodzieży pojawia się wątek
pierwszej miłości. Czy pamięta Pani swoje pierwsze zauroczenie?
Kim ta osoba była i w jaki sposób zwróciła Pani uwagę na siebie?
K.P.:
Zakochiwałam się bez przerwy od przedszkola, więc trudno mi
powiedzieć, które zauroczenie było pierwsze, bo zawsze ktoś mnie
interesował. Jednak w dzieciństwie to były uczucia krótkotrwałe.
Takie pierwsze poważne to było, kiedy miałam piętnaście lat.
Byłam bardzo nieufna, bo wcześniej, gdy jakiejś koleżance
mówiłam, że ktoś mi się podoba, to zaraz o tym wiedziała niemal
cała szkoła. Tu była inna sytuacja. Byłam w liceum. On mi się
nie podobał, bo był nie w moim typie. Taki za bardzo lalusiowaty.
Chodziliśmy do jednej klasy. Dziś myślę, że ten brak
zainteresowania z mojej strony był tym, co go kręciło.
Mieszkaliśmy niedaleko siebie, po dwóch stronach Broniewskiego.
Często wracaliśmy razem ze szkoły. Żartowaliśmy. Ale po
pierwszej klasie liceum zmieniłam szkołę. Byłam pewna, że ta
znajomość się urwie, ale on nie odpuszczał, przybiegał niemal
codziennie pod dom, śpiewał mi po oknami i… tak sobie mnie
„wychodził”, że sama nie wiem jak to się stało i kiedy, ale
zakochałam się. A potem okazało się, że jednak z jego strony to
nie było nic poważnego, a tylko zabawa. Kiedy dowiedziałam się,
że z inną poszedł na czyjeś urodziny przeżywałam to tak, że
wyłam jak zbity pies, dostałam temperatury, a rodzice chcieli nawet
wzywać pogotowie. Miałam złamane serce i nigdy nie dałam się
przeprosić, by dopuścić go do siebie ponownie trochę bliżej.
Jednak sentyment pozostał i do dziś mamy ze sobą kontakt. On jest
starym kawalerem i moim zdaniem nigdy w życiu tak naprawdę się nie
zakochał. Ja pustkę uczuciową przeżyłam dopiero jako dorosły
człowiek ponad dziesięć lat temu, kiedy zostałam oszukana,
okradziona i zdradzona. I wtedy, kiedy byłam pewna, że nigdy w
życiu więcej się nie zakocham pojawił się mój obecny mąż.
-Jako
autorka książki „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”
udowodniła Pani, że posiada rozległą wiedzę na temat dziejów
Warszawy. W jaki sposób Pani ją zdobyła? Czy ktoś wprowadził
Panią w świat minionych wieków stolicy?
K.P.:
Zawsze mnie to interesowało. Co jest za rogiem? Co tu było kiedyś?
Kto tędy chodził? Tata był historykiem sztuki, muzealnikiem,
varsavianistą, publicystą i dziennikarzem. Zawsze zwiedzałam z nim
albo z mamą muzea. Od dziecka fascynowały mnie obrazy Canaletta z
widokami Warszawy. Uwielbiałam w domu oglądać albumy z
fotografiami, jak wyglądała Warszawa w XIX wieku i tak jakoś
naturalnie w to weszłam.
-W
Pani powieściach dla dzieci i młodzieży przywołane zostają dawne
historie, postacie, przedmioty. Do rzeczywistości zostaje przywołana
przeszłość. Skąd czerpie Pani pomysły do pisania dla dzieci i
młodzieży?
K.P.:
Tematy leżą na ulicy. Dla młodzieży staram się pisać takie
książki, które mnie by interesowały, gdybym znów miała naście
lat. A interesowała mnie historia, uczucia i to w moich książkach
jest.
-Dlaczego
miejscem akcji Pani powieści dla dzieci jest Saska Kępa?
K.P.:
Powody są dwa: po pierwsze tam mieszkam. W 1989 roku moi rodzice
odzyskali jedno mieszkanie w domu po prababci. Po ich śmierci ja
wprowadziłam się na tzw. „stare rodzinne śmieci”, czyli tam,
gdzie moi przodkowie żyją od przeszło 200 lat. A ponieważ jestem
sentymentalna, rodzinna i kocham historię, więc w naturalnym sposób
moi bohaterowie mieszkają na moich „starych śmieciach”, ale…
jeżdżą też na Żoliborz, na którym się wychowywałam.
Po
drugie Saska Kępa to jest miasto w mieście, więc akcja, która
dzieje się na Saskiej Kępie świetnie przemawia zarówno do tych,
którzy mieszkają w dużych miastach, jak i do tych, co mieszkają w
małych miasteczkach żyjących w cieniu wielkich miast. Saska Kępa
jest bowiem częścią wielkiego miasta, ale momentami żyje w cieniu
stolicy, choć ostatnio za sprawa mody na przesiadywanie w knajpach
na Francuskiej czy jeżdżenie na Stadion Narodowy na mecze lub
koncerty, to się trochę zmieniło i stała się bardziej
wielkomiejska.
-Tajemnice
rodzinne, czy na pewno warto je „tropić”, a może lepiej przed
nimi uciekać? Jak wiedza na temat dziejów Pani rodziny wpływa na
Pani codzienność?
K.P.:
Ja uważam, że warto tropić. Wychowywano mnie, że każdy z nas
pisze swoją historię i nie odpowiadamy za czyny naszych przodków,
choć dziś co i rusz czytam, że ktoś jest np. „dzieckiem ubeka”
i odbiera mu się niemal prawo do życia, co jest dla mnie
obrzydliwością, bo wśród przodków każdego z nas może znaleźć
się ktoś, kogo przeszłość nie jest zbyt chlubna. Każdy z nas to
dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i im dalej w
las tym więcej drzew, a co za tym idzie wzrasta szansa na
znalezienie czegoś niekoniecznie chlubnego. A wszelkie niechlubne
zachowania przodków to przecież nie nasza wina. Nikt nam nie każe
ich popierać, ale nie ma sensu się wypierać ani nie wolno żądać
byśmy za nie odpowiadali. Uważam jednak, że jeśli chcemy
dowiedzieć się „dokąd zmierzamy” trzeba wiedzieć „kim
jesteśmy”, a to poznamy dowiadując się „skąd przychodzimy”.
Ja
nie mam rodziców i rodzeństwa innego poza ciotecznym. Nie mam już
cioć i wujków, ani innych stryjków niż stryjeczno-stryjeczni lub
stryj wojenny, czyli wojenny brat mojego taty – dziecko
Zamojszczyzny adoptowane przez moich dziadków w czasie okupacji.
Tymczasem dzięki dobrej znajomości dziejów własnej rodziny czuję
się mniej samotna. Mam wrażenie, że nie tylko moi rodzice, ale i
moje babcie, dziadkowie, prababcie, pradziadkowie i dalsi przodkowie
opiekują się mną, bo znam np. ich dzieje, albo ich listy czy
pamiętniki. A dzięki temu mam wrażenie, że znam ich na tyle
dobrze, by codziennie móc z nimi rozmawiać.
-W
powieści „Dzika” porusza Pani problem rasizmu. Dlaczego jako
autorka książek zwróciła Pani uwagę czytelnika właśnie na to
zagadnienie?
K.P.: Miałam 15 lat i czarnoskórą przyjaciółkę imieniem Eileen, którą poznałam w warszawskim Fan Clubie Beatlesów. Była córką Polki i Ghańczyka. Wiem, że po maturze wyjechała do Wielkiej Brytanii. Niestety nie mamy dziś kontaktu, ale bardzo miło wspominam wspólnie spędzony czas. Kiedyś zabraliśmy ją z moim tatą pod namiot, bo mój Tata ją uwielbiał. Wychowywałam się w bardzo patriotycznym domu, w którym nie było ani ksenofobii ani rasizmu. Wuj mojego ojca – Henryk Podlewski – walczący pod Tobrukiem żołnierz wojsk polskich na zachodzie, osiadł po wojnie najpierw w Londynie, a potem na Wyspach Bahama i ożenił się z rodowitą mieszkanką tych wysp. Jako dziecko chyba myślałam, że każdy w rodzinie ma minimum jednego czarnoskórego człowieka. A ponieważ pamiętałam, że czarnoskóre korzenie miał np. Puszkin, że w Warszawie przed wojną mieszkał jakiś facet z Afryki i grał nawet w filmach, więc kolor skóry Eileen był dla mnie czymś zupełnie normalnym. Pamiętam jednak ogromny szok, kiedy poszłyśmy we dwie z Eileen w odwiedziny do naszej koleżanki Moniki, a ona otworzywszy drzwi i zobaczywszy nas razem, powiedziała: „Ty możesz wejść, ale Eileen musi zostać za drzwiami, bo moi rodzice nie znoszą Murzynów.” Powiedziałam wtedy, że w takim razie „moja noga nie stanie więcej w tym rasistowskim domu” i wyszłyśmy. Po dwudziestu pięciu latach od tamtych wydarzeń mój syn wylądował w jednej klasie z czarnoskórym Mateuszem. Jeździłam z jego klasą na wycieczki rowerowe, więc znałam niemal wszystkie dzieciaki. Mateusz pięknie śpiewał, był bardzo inteligentny, błyskotliwy i dowcipny. Bardzo go lubiłam, bo na wycieczkach dostarczał dużo radości – szczególnie dlatego, że odznaczał się fenomenalnym poczuciem humoru i dystansu do siebie. Pewnego dnia syn opowiedział mi, że Mateusz nie wszystkich może odwiedzać, bo niektórzy rodzice ich koleżanek i kolegów nie życzą sobie w domu Murzyna. To był dla mnie cios niemal obuchem w głowę. Okazało się bowiem, że minęło ćwierć wieku od dnia, kiedy Monika nie wpuściła Eileen do swojego domu, Polska jest w Unii Europejskiej, mamy się za światowych, a tymczasem nadal ktoś kogoś odrzuca z powodu koloru skóry.
-Skąd
czerpie Pani wiedzę na temat świata współczesnych nastolatków,
ich problemów, języka, sposobu rozumowania? Jak przygotowywała się
Pani do napisania książki „Klasa pani Czajki”?
K.P.: Po prostu pisałam to, co mnie interesowało, gdy miałam naście lat. Ja to świetnie pamiętam, bo mam swój pamiętnik a tamtych lat. Nie brałam z niego żadnych historii, ale ten sposób myślenia nastoletniego dziecka. I sposób patrzenia na świat. Pewną naiwność i szczerość. Problemy się zresztą nie zmieniają tak szybko jak obyczaje czy sprzęty codziennego użytku. Sporo dawało i daje mi to, że ja jestem nie tylko gadułą, ale i bardzo dobrym słuchaczem. Zawsze miałam i nadal mam kilka koleżanek, które głównie opowiadają o sobie, a nie bardzo są zainteresowane słuchaniem tego, co u mnie. Wygląda to tak, że każda opowiada mi godzinami co u niej i kiedy nadchodzi moja kolej na opowiedzenie co u mnie, mam na to właściwie góra dwie minuty. Reakcji nie ma żadnej. Ale to są wbrew pozorom cenne znajomości, bo pozwalają zachować pokorę, a ponadto to dzięki nim zdobywam wiedzę o życiu innych. Lubię tez podsłuchiwać młodzież w miejscach publicznych, lubię czytać for a. kopalnia wiedzy były dla mnie listy do „Magazynu 13-tka”, na które odpowiadałam przez kilka lat.
-Co
jest dla Pani ważne w życiu? Nad czym warto pracować? Co warto
przekazać potomnym?
K.P.: Ważna jest miłość, ważna jest rodzina i dbanie o nią i ważna jest przyjaźń. Potomnym warto przekazywać informacje o rodzinie, by wiedzieli skąd pochodzą i kim są. Warto pracować nad jednością rodziny. Proszę mnie dobrze zrozumieć teraz. Nie jestem przeciwnikiem rozwodów. W końcu sama rozwiodłam się z moim pierwszym, dziś już nieżyjącym, mężem. Są bowiem historie, kiedy związku nie da się uratować. Przeważnie to te związki, w których jest przemoc domowa. Uważam jednak, że my dziś bardzo szybko rezygnujemy, rozbijamy swoje związki i nie pracujemy nad tym, by to coś, co jest lub było między nami, wzmocnić zanim wygaśnie. Być może wynika to z tego, że nie chcemy przyjaźnić się między sobą, a moim zdaniem tylko połączenie miłości i przyjaźni jest gwarancją udanego związku. Z moim obecnym mężem bardzo się przyjaźnię. Jest moim najlepszym przyjacielem i bardzo to sobie cenię.
A
nad czym warto pracować? Ja tam cel mam jeden: umrzeć mniej głupia
niż się urodziłam i staram się go realizować, choć zdaję sobie
sprawę, że i tak umrę głupia, bo nie da się posiąść
wszystkich mądrości tego świata.














